RSS
wtorek, 19 października 2010
"To były czasy" odcinek 04: O spotkaniach z ludźmi z IRC.

Tradycyjnie, jak co wtorek, czas nas kolejny odcinek cyklu "To były czasy".
Tydzień temu mieliśmy przerwę, ale to się już nie powtórzy.
W poprzednim odcinku pisałem o moich początkach z Internetem. Teraz
chciałbym się skoncentrować na tym, jak wyglądał wtedy Internet,
czyli na przełomie wieków. Jak wyglądała wtedy społeczność w sieci i jak się z niej korzystało.
Z poprzedniego odcinka mogliście się dowiedzieć, jak drogą zabawą było korzystanie z sieci, co można było zrobić przez pół godzinny dziennie.
Odpowiedź brzmi: nic. Ani skorzystać porządnie z przeglądarki, ani z IRC [to takie  dzisiejsze Gadu-Gadu], już nie mówiąc o ściągnięciu czegoś z FTP [to taki  dzisiejszy torrent]. Dlatego wytworzyła się u mnie potrzeba znalezienia innych, tańszych i alternatywnych sposobów korzystania z Internetu. Najprostszym rozwiązaniem była kafejka internetowa. Może to kogoś  zdziwi, ale takich punktów w Warszawie było jak na lekarstwo, a jak już były, to korzystanie z nich nie było wcale o wiele tańsze niż w warunkach domowych. Do tego jeszcze te Windowsy, które powodowały, że wszystko  chodziło wolno. Pewnego dnia dostałem  od pewnego człowieka z kanału irc #amisia informację trzymaną w ogromnej  tajemnicy, że na ulicy Nowogrodzkiej jest kafejka PDI. Publiczny dostęp do Internetu. Od razu  następnego dnia wraz z bratem ciotecznym postanowiliśmy wytestować to miejsce, bo podobno było tam fajnie i tanio. Znalezienie tego miejsca nie było takie proste. Gdy już było się na owej ulicy było trzeba znaleźć odpowiednia bramę, wejść na podwórko, a potem wiedzieć do której klatki schodowej wejść. W tajemnicy zostało mi przekazane, że trzeba wejść do piwnicy, potem skręcić w lewo (a nie w prawo), iść prosto do końca korytarzem, potem w lewo. Na samym końcu tego labiryntu znajdowało się niewielkie pomieszczenie, w którym po obu stronach ścian znajdowały się komputery z Unixem. Za śmiesznie małe pieniądze, można było korzystać z Internetu do woli. Tak dla ścisłości godzina w tej kafejce kosztowała tyle co 30  minut w domu, a dodatkowo był tam niepowtarzalny klimat.

Amirc

Ja głównie   korzystałem z IRC i rozmawiałem z różnymi osobami na kanale #amisia. Jakoś przeglądanie stron internetowych w trybie tekstowym nie podniecało mnie. Gdy pojawiłem się pierwszy raz w tym miejscu, spotkałem się z pewnym zjawiskiem, które teraz jest trudne do wyobrażenia. Gdy wchodziłem na irc to pokazywał się na kanale mój adres ip z którego wynikało, że jestem w Warszawie. Różne osoby zaczęły mnie zaczepiać i pytać gdzie teraz jestem dokładnie. Nie miałem wtedy zakodowane w głowie hasła "nie wiesz kto jest po drugiej stronie komputera" więc śmiało odpowiadałem, gdzie dokładnie się znajduję. A miałem nikomu nie przekazywać dalej gdzie znajduje się PDI. Po godzinie pierwsze osoby z kanału #amisia zaczęły się pojawiać w kafejce. Zaczęły się rozmowy typowe dla amigowców, polegające na utwierdzaniu się w wyższości Amigi nad PC i ogólnie była miła atmosfera. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że 60% wówczas poznanych osób znam do dziś, a było to 13 lat temu. Bardzo sobie chwalę te znajomości [pozdrowienia dla Tomeq i innych chłopaków]. Wtedy za każdym nickiem na IRCU nie czaił się pedofil, albo inny przestępca. Wtedy sieć była mniej dostępna i tylko dla nielicznych. Panowały jakieś zasady, dotyczące korzystania z IRC albo z grupy dyskusyjnej [coś takiego jak forum]; gdy ktoś nie przestrzegał tych reguł, mógł spotkać się z ogromnym potępieniem ze strony innych użytkowników. Wycinało się nieprzydatne treści z maili, bo wtedy każdy kilobajt był na wagę - impulsy i takie tam.
Teraz jak wygląda internet każdy widzi. Nie jest może jakoś super tragicznie, ale chamstwo szerzy się z każdej strony.

blue screen


Nie wiem czy wiecie, jak kiedyś wyglądało chuligaństwo w sieci. Albo - jak ktoś woli - głupie żarty. Gdy się miało Amigę i korzystało się z programu Amirc można było jednorazowo wkurzyć pokaźną ilość użytkowników Windowsa. Na Amigę wgrywało się specjalny scrypt do programu Amirc, wchodziło się na kanał #warszawa, #polonia #polska, gdzie roiło się od użytkowników Windowsa 95, naciskało się specjalny guziczek i tylko patrzyło, jak 30-40 osób wylatywało z irc, bo im się pecety zawieszały. W tamtych czasach Windows 95 był tak wspaniałym wynalazkiem, że z poziomu irc można go było w łatwy sposób zawiesić. Po 5 minutach grupa 30-40 osób wracała na kanał i krzyczała, co oni myślą o amigowcach i że Windowsy i tak są lepsze. Wtedy naciskało się specjalny guziczek jeszcze raz ..... Tą procedurę można było powtarzać do momentu, aż użytkownik Windowsów nie uświadamiał sobie, że to użytkownik Amigi jest jego Panem i Władcą jeśli chodzi o czas spędzany na ircu.....
Tak to kiedyś wyglądało. Teraz nie ma już praktycznie irca, grupy
dyskusyjne wyginęły, nieważne czy email ma 1 kb czy 1 gb a strony można
przeglądać ze średniej klasy telefonu gdziekolwiek się chce to zrobić.
Sporo się zmieniło.
Takie kiedyś były czasy.

Jeśli ktoś by chciał podzielić się swoją historią, niech piszę pod ten adres:

 

E-MAIL

czwartek, 14 października 2010
Bez parDONu: witajcie w złotej erze!

„Kiedyś to były gry!”, „lata 90 to był złoty wiek gier”, ”lata 90 to był szczytowy okres w przemyśle związanym z grami”...

 

BLA BLA BLA BLA BLA....!

 

Też już macie dość tego marudzenia? Bo ja tak. Ale w jakiego bloga by człowiek nie wetknął swojego wielkiego nochala tam wszędzie pełno gości zachwycających się tym co było kiedyś, tym jak wspaniale grało się kiedyś i jaką to estymą i poważaniem cieszyli się kiedyś gracze. Jak to wtedy było wspaniale, cudownie i w ogóle... w dodatku z lubością i zapałem godnym Macierewicza starają się wszem i wobec udowodnić, że to co się teraz dzieje na rynku gier to dramat, płacz, łzy i zgrzytanie zębami.

A czy aktualnie z grami jest tak naprawdę źle?

Popatrzmy dookoła siebie – na facebooku ludzie zakochali się w grze, która miała być zaledwie małym zabijaczem czasu, a tym czasem okazało się, że miliony ludzi, którzy „nigdy nie marnowali by czasu na coś tak trywialnego jak gry” logują się do facebooka, żeby tylko sprawdzić jak wygląda ich farma i pozbierać trochę kukurydzy...


Rock Band i Guitar Hero spopularyzowały zabawę z plastikowymi gitarkami do tego stopnia, że pojawiają się jako normalny gadżet obecny w niektórych rockowych knajpach w których można posłuchać ciężkiej muzyki, wybić browara i przy okazji popykać sobie w kolorowe guziczki na czymś co udaje prawdziwą gitarę. Ale czy, gdy ktoś bawi Się taką gitarą, jest wyśmiewany? Nie. Ludzie chętni show podchodzą i sami chcą się bawić. Bo jest to prawdziwa zabawa porywająca tłumy!. Żadna inna gra nie miała takiego potencjału nęcącego osoby, które nigdy nie grały w jakąkolwiek grę – bo czy osoba „z zewnątrz” (tzn nie ze świata gier) zapała taką chęcią do gry w Starcrafta II czy GTAIV? No way!

Powstaje całe mnóstwo gatunków, podgatunków, miksów gatunkowych gier. Praktycznie każdy rodzaj gatunek gier z wczesnych lat 80 rozrósł się na wiele różnych podgatunków a pojawiły się inne, jak chodzi ażby shootery fpp. Wszystko odbywa się oczywiście ewolucyjnie – gatunki skazane na wymarcie powoli wymierają - chociażby przygotówki point’n’click - świetne gdy moce obliczeniowe komputerów były mizerne, mogące przy tej znikomej mocy świetnie opowiadać historie, ale kompletnie przestarzałe w czasach gdy historie w grach można pięknie opowiedzieć za pomocą scenariusza przedstawionego za pomocą wyszukanych technologii.

Stopień immersji cały czas się zwiększa - przez coraz lepsze historie w grach, coraz lepszą grafikę, coraz lepszą muzykę,  wspomagacze  w stylu „pseudo 3d” w okularach czy kontrolery ruchowe dające lepszy „feel”. Ewolucja idzie do przodu – można z dużą dozą pewności założyć że w kolejnej generacji Xbox pojawią się takie smaczki jak np. 3d pozwalające oglądać sceny w grze pod różnymi kątami patrzenia (patrz 3d od Pana Lee).

Jak może to wzbogacić odczucia gracza w czasie gry? – aż strach się bać – szczególnie w przypadku surviwal horrorów.

Gry zaczynają śmiało wkraczać do popkultury – obserwujemy wzajemne przenikanie się świata gier, filmów, telewizji i komiksu. I mimo, że do tej pory gry były małym, biednym i skromnym siostrzeńcem ze wsi, to zaczynają wyrastać na równoprawnego partnera tychże mediów – Do kin wchodzi przyzwoitej jakości „książe Persji”, gry niemal na stałe zagościły w znaczącym popkulturowym zjawisku telewizyjnym jakim jest serial „The simpsons” – w niejednym odcinku pojawił się Xbox, Ps3, Wii czy nawet parodia Wii - "Funtendo Zii"

do której można dokupić grę „Zii Dance Dance Evolution” (ktoś kojarzy – parodią jakiej gry z Wii jest ten tytuł) (wiem –to żałośnie łatwe pytanie, ale ten konkurs nie ma nagród więc nie ma obaw, że przyjdą miliony kartek pocztowych z prawidłowymi odpowiedziami). Zresztą pojawianie się gier w filmach czy kreskówkach to ostatnio norma: „Click”, „The Game”, „The Fairly Oddparents”, „Malcolm in the Middle”, „My Bedbugs”, „Weird Years” czy „South Park” to zaledwie wycinek telewizyjnych show w których można zobaczyć gry/ usłyszeć o nich.
Czy w latach 90 gry tak łatwo przenikały do świata telewizji i kina? Ale pojawianie się gier w serialach czy filmach to tylko część zabawy! Sama telewizja i seriale wchodzą do gier (kiedyś oczywiście też się to działo – warto przypomnieć całkiem niezłe fpp „South park” [żółte śnieżki Kick rocks! – kto grał ten wie ] ) – warto wspomnieć chociażby o grach „Americas Next Top Model”, „Wallace & Gromit's” czy „ER-the game”.  Powstaje cała masa gier opartych o komiksy – przykłady są banalne – Genialny (ponoć) „Batman”, przez wielu uznawany za grę roku 2009, zapowiedziany niedawno „Kapitan Ameryka”, „Spider-man” czy świetne „XIII”. W drugą stronę to też oczywiście działa –warto wspomnieć chociażby o „Halo:Uprising”.

Gry rozpowszechniły się po świecie i stały się jednym z najbardziej dochodowych biznesów – Call of Duty Modern Warfare 2 pobiło rekordy sprzedaży i rekordy w ilości zarobionej kasy zarabiając w pierwszym tygodniu 550 milionów dolarów, by w późniejszym terminie dobić do MILIARDA dolarów. http://articles.latimes.com/2010/jan/14/business/la-fi-warfare-game14-2010jan14

 
(foto www.sxc.hu )

Więcej – przemysł branży gier jest w tym momencie wart więcej niż Hollywood i przemysł filmowy - http://www.tvischanging.com/news/2010/05/11/the-games-industry-now-worth-more-than-the-film-industry/

http://www.telegraph.co.uk/technology/video-games/6852383/Video-games-bigger-than-film.html

Gry rozpełzły się na masę różnych platform – gry to już nie tylko konsole stacjonarne, to również bardzo mocny rynek konsol stacjonarnych, telefonów komórkowych a nawet czytników do książek elektronicznych i platformy PC wraz z ich MMO!

A gry niszowe? Proszę bardzorynek gier Indie (zwany kiedyś rynkiem gier alternatywnych) rozrasta niezwykle szybko, głównie za sprawdą Xbox Live Arcade i PSN stał się niezwykle ważnym elementem rynku gier, a takich hitów jak „Braid”, „Pixel Junk Eden”, „Castle Crashers” czy „Flow” nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Gry te stają się popularne nie tylko wśród zapaleńców wyszukiwania nietypowych i alternatywnych gier, ale chwytają w swoje sidła zwykłych graczy – casuali których kuszą swoją innością i świeżością.

Ktoś chce stworzyć własną grę? Ale nie potrafi pisać oprogramowania/tworzyć grafiki etc? Żaden problem! Powstaje cała masa narzędzi – od prostych online’owych miejsc typu sploder.com, przez programy typu Game Maker czy My Game Builder po narzędzia typu „Kodu”, które mogą być za pomocą zwykłego Pada!

Oczywiście będą to proste rzeczy, ale z dużą dozą pewności można założyć, że dzięki nim, w tworzenie gier zaangażuje się znacznie więcej zdolnych osób, co owocować może jeszcze lepszymi produkcjami. Jeśli nie profesjonalnymi to może jakimiś Indie Games.

Popularność? Wśród ludzi poniżej 20 roku życia ciężko jest znaleźć człowieka, który nie miał styczności z grami bądź nigdy o nich nie słyszał, a znakomita większość tych młodych ludzi gra i to nie „od czasu do czasu” ale bardzo często. Gry stają się normalną rozrywką dla pokolenia <15. (Oczywiście może to generować problemy typu „mniej dzieciaków uczy się grać w nogę/siatę/kosza” ale to nie problem na ten krótki tekst . )

A będzie tylko lepiej. Będzie nas więcej, będzie więcej gier, rynek urośnie i będzie się liczył jeszcze bardziej. To kwestia czasu – bo gry to dobry biznes. A zarobić chce każdy. A zyskamy na tym MY – GRACZE. A to bardzo Dobrze. A w ogóle to chyba nie powinienem zaczynać zdania od „A”.

 

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości że jesteśmy u progu wspaniałej złotej ery gier?

środa, 13 października 2010
Wywiad: O GameDevie i o tworzeniu Two World II. Czyli rozmowa z Mariuszem Szaflikiem

Wielu z Was doskonale zna  Reality Pump. Całkiem solidna marka. Dlatego też wielu graczy z niecierpliwością wyczekuje Two Worlds II. Tylko w wywiadzie dla nas programista Reality Pump zdradza rąbka tajemnicy tej gry...

Branza_gier: Czy mógłbyś się przedstawić czytelnikom tego bloga i powiedzieć czym zajmujesz się w Reality Pump i przy projekcie "Two Worlds II". Jak trafiłeś do gamedevu w PL?

Mariusz Szaflik: Mam na imie Mariusz, mam 32 lata i juz nie jestem dziewicą ;-P [żart]
Jestem zapalonym rowerzystą a takze wiecznym marudą i upierdliwcem; domatorem, uwielbiam ciepło domowego ogniska i układanie klocków z moim synem. W Reality Pump jestem głównym programistą silnika 3D, a także sprzątam. Przy projekcie Two Worlds robię wszystko i na wszystkie trzy platformy. Jeśli chodzi o gamedev to najpierw byłem scenowcem w takiej mało znanej i niszowej grupie Android's Dream znanej później jako Addict, a potem ktoś wpadł na pomysł, bym napisał jakąś grę, bo co będę marnował czas na jakieś dema - i tak się to zaczęło. Potem pracowałem w kilku firmach, by w końcu osiąść szczęśliwie w nowo powstałym wówczas studiu Reality Pump w Krakowie.

Reality Pump

B_g: Projekty zrobione w Polsce i wydane na konsole PS3 można policzyć na palcach jednej ręki. Mógłbyś nam powiedzieć, z czego głównie wynika trudność robienia gry na tą konsole ?

MS: PS3 jako platforma do pisania gier jest bardzo wymagająca, sama specyfika procesora cell stawia wielkie wyzwania jeśli chodzi o architekturę engine'u, nie można dokonać portu 1:1 z PC/xboxa, trzeba zmienić podejście do wielu rzeczy, przywyknąć do uzywania assemblera,
o którym wielu nowych programistów gdzieś tam kiedyś słyszało, ze jest to przeżytek.

B_g: Skoro poruszyłeś wątek assamblera to muszę zadać jedno obowiązkowe jak
dla mnie pytanie. Czy demoscena to dobra "szkółka" jeśli chodzi o game dev dla programistów ? Jeśli nie to czy w takim razie studia są dobre dla przyszłych programistów w gier?

MS: Wiedzy nigdy za wiele, więc i demoscena, i studia sie przydadzą, ale najważniejsze są chęci do nauki, otwarty umysł i chęć do picia dużych ilosci piwa z innymi kolegami programistami - podobno nazywa się to "wymiana doświadczeń";-) Studia dają dobre podstawy teoretyczne, ale trzeba naprawdę dużo, dużo praktyki, żeby być w stanie poradzić sobie z tak dużym i złożonym projektem jak engine na PS3 czy xboxa - wiadomo, ze nikt świeżo po studiach, choćby nie wiem, jak dobrych, nie będzie przygotowany do opracowania takiego projektu, tu trzeba doświadczenia. Demoscena jest jednym z takich miejsc, gdzie doświadczenie można zdobyć, choć jakość owego doświadczenia zależy od tego, czy dema piszemy na kolanie i 5 minut przed deadlinem na party [czyli tak, jak zawsze], czy też przykładamy się do designu [nie chodzi mi tu bynajmniej o grafikę, lecz o kod i metodologię]. Jeśli dema piszemy na pierwszy sposób, to potem ten nawyk zostaje i mści sie okrutnie, ale jeśli wyrobimy sobie dobre nawyki pisania i projektowania kodu, to demoscenowe doświadczenie będzie olbrzymim atutem. Wiadomo, ze dzisiejsza demoscena nie jest taka, jak dawniej, poniekąd wymusiła to ewolucja sprzętu, dzis już mało kto siedzi nad optymalizacją procedury rysującej trójkąt i liczeniem cykli w Assemblerze, niemniej jednak scenowcy dalej starają się wyciskać siódme poty ze sprzętu - i to doświadczenie w niskopoziomowej optymalizacji jest bardzo cenne po przeniesieniu na świat konsol.

B_g: Czy mógłbyś opisać obrazową jak bardzo rozwinął się engine względem
pierwszej cześci Two Worlds a obecną. Awans z ligi .... do.....

MS: Rozwinął się bardzo, podobnie jak rozwinęły się technologie: przejście z DX9 do DX11, napisanie od nowa wersji xboxowej, zaprojektowanie engine'u od A do Z dla architektur wielordzeniowych [core 2 duo/xenon/cell], cały engine oparty jest na technologii HDR, więc wygląda po prostu fajnie.

Two Worlds II


B_g: A mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć jak ciężko pisze się engine na xboxa i na PS3. Różnica w trudności jest bardzo duża jak to niektórzy mówią?

MS: Ciężko, ale bez przesady. Jeśli ktoś nie miał do czynienia z architekturami PowerPC to musi się troszke na nie przestawić, musi też zmienić trochę tok myslenia i dostosować się do architektur wielowątkowych oraz ograniczonej ilości pamięci. W porównaniu z pecetem, na konsole trzeba pisać o wiele bliżej sprzętu, w sensie: używać więcej niskopoziomowych procedur, wykorzystywać różne niuanse architektury itd. Żeby napisać wydajny engine liczysie każdy cykl i każdy kilobajt pamięci. Nie demonizujmy ps3 - owszem, start dla nowego programisty jest ciężki ze względu na specyficzną architekturę i niestandardowe narzędzia, ale potem nie jest znacząco trudniej niż na xboxie. Po prostu trzeba się trochę bardziej starać.

B_g: Jakbyś mógł zareklamować swoją grę pod względem technicznym to jaką cechę enginu byś wskazał ?

MS: Fotorealistyczny model oświetlenia i kamery - to coś, do czego dążyliśmy i uważam, ze udało nam się osiągnąć. Kolejną rzeczą, z której jesteśmy dumni, to dynamiczne oświetlenie i praktycznie brak limitu ilości świateł na scenie, oprócz tego nasz engine potrafi obsługiwać naprawdę duże światy [60 km kwadratowych nie stanowi większego problemu] , poza tym bohater potrafi biegać, skakać, pływać, wspinać się po drabinie, pływać łódką i jeździć na koniu. Nie jest także impotentem i defautowo nie posiada białych włosów ;-)

B_g: Najtrudniejsza rzecz pod względem programistycznym z jaką się spotkałeś podczas robienia tej gry ?

MS: Zdecydowanie jest to synchronizacja pomiędzy PPU, SPUs i RSX na ps3. Każdy programista piszący na PS3 będzie wiedział, co to znaczy.

B_g: Jakich innowacji mogą się spodziewać fani tej gry po Two Worlds II ?

MS: Innowacji w stosunku do Two Worlds będzie dużo, po szczegóły odsyłam do kolejnych numerów Antaloor Post - http://www.twoworlds2.com/en/antaloor-post.html

Two Worlds II

B_g: Jakbyś chciał przekonać graczy, którzy nigdy nie grali w Two World do kupienia dwójki? Czy może to jest tytuł skierowany tylko do fanów serii?

MS: Two Worlds to naprawdę genialna gra, w Antaloorze można podróżować od pustyni przez puszczę i dżunglę, znalazły się tam wspaniałe miasta i dzikie ostępy, złote plaże i pirackie wyspy. Siłą TWII poza kampanią singleplayer jest rozbudowany system multiplayerowy, którego w podobnych konkurencyjnych produkcjach brak. Możesz zaprosić do rozgrywki swoich przyjaciół i przejść z nimi osobną kampanię multiplayerową, mozesz także zbudować własną wioskę i dzięki rzemieślnikom w  niej pracującym udoskonalić swój sprzęt [bitewny :)]; możesz także oddać się dzikiej rzezi w trybie deathmatch lub zbieraniu kryształów w crystalhuncie. Jeśli jesteś fanem pokera lub GuitarHero, to także znajdziesz w naszej grze coś dla siebie [możesz pograć na gitarze, bębenku i wielu innych instrumentach]. Fani Wiedźmina także będą zadowoleni z poziomu interakcji, gdyż główny bohater potrafi jeździc konno, skakać, pływać i wspinać się :-) Nie jest także impotentem ;-)

B_g: Czy jako twórca gier w swoim wolnym czasie grasz w jakąś grę ? Jeśli tak? To robisz to z zawodowych obowiązków czy dla własnej przyjemności ?

MS: Oczywiście, ze robię to z zawodowych obowiązków [czyt. przyjemności:)] i gram w każdą grę, jaka tylko wychodzi, od Lego Batman po Assasina i Mass Effecta.

B_g: Dziękuje za wywiad. To była prawdziwa przyjemność. Czy chciałbyś powiedzieć coś czytelnikom na koniec ?

MS: Tak. Życie jest ciężkie. ;-P

 

Jeśli ktoś by chciał zadać jakieś pytanie dotyczące gry Two Worlds II naszemy rozmówcy to proszę pisać pod ten email lub umieścić pytanie w komentarzu :)

niedziela, 10 października 2010
Relacja z Comic Con - zapowiedź

Redaktor Dawid, który teraz przybywa w USA na Comic Con nadał nam tą oto depesze:

 

W dniach 8.10-10.10.2010 w Nowym Yorku odbywa się New York Comic Con. Impreza dla wielbicieli komiksów, mangi, anime oraz wszelkiego rodzaju dziwactw. Jest to jedna z największych tego typu imprez na świecie. W tym roku zaproszono wielkie gwiazdy komiksu/anime i TV. Nie zabrakło takich nazwisk jak Stan Lee czy Ben Templesmith. Podczas takich imprez nie może zabraknąć branży growej. W tym roku podczas targów można zwiedzić stoiska kilku wielkich graczy. Na wejściu trafiamy na wielkie stoisko UBI gdzie możemy zapoznać z nową pozycją, jaką jest gra muzyczna z Michaelem Jacksonem "MICHAEL JACKSON THE EXPERIENCE". Disney zaprezentował grę TRON. THQ pokazało Warhammer 40K Ultramarine. Capcom pokazał nową część Marvel vs. Capcom. Na stoisku Rockstara możemy zagrać w RDR wraz z najnowszym zombiastym dodatkiem. Wisienką na koncie była możliwość zagrania w „Dead space 2” To, co napisałem to tylko maleńka część genialnej imprezy. Za kilka dni napiszę obszerną relację wraz z galerą i zdjęciami hot… znaczy hostess

Comic Con

 

Nie wiem jak wy? Ale ja czekam z niecierpliwością :)

wtorek, 05 października 2010
"To były czasy" odcinek 03: Internecik

Dziś jest wtorek więc czas na kolejny artykuł z cyklu "To były czasy"!!

Internet dziś to żaden rarytas. Leży niemal jak żebrak na ulicy. Każdy może go wziąć i zainstalować u siebie. Rozprzestrzenia się szybciej niż Wąglik w Europie. Dociera dalej niż Martyna Wojciechowska. Jest dziś realniejszy niż Yetii w Himalajach. Uzależnia bardziej niż poranna kawa. Epatuje na nas bardziej niż promienie UV. Kto by pomyślał, że jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku...Dzisiaj czas na opisanie przygód autora tego bloga z Internetem. A działo się sporo.

Gdy już dostałem swoją super wypasioną Amigę, przyszedł czas na kupno
Internetu. Bo tak się wtedy o tym mówiło. Nastąpiło to gdzieś w 1996 albo 1997 roku. Jaki był główny powód, że udało mi się przekabacić rodziców do tego pomysłu? Odpowiedź jest bardzo prosta - a nazywa się Aminet.

Aminet

Czyli taki duży FTP z programami i wszystkim innym, co się da na Amidzę odpalić. Dawno, dawno temu, czyli 14 lat temu chodziło się do sklepu i kupowało się płytkę Aminem, na której znajdowała się kolekcja programów w ilości 650 MB. To była ogromna pojemność. Pewnie ktoś może zadać sobie pytanie czy to się w ogóle opłacało, ale o tym trochę później. No więc, gdy zorientowałem się, że w takim Aminecie, który był częścią Internetu, jest więcej rzeczy niż wszyscy użytkownicy Amigi w Warszawie mają na swoich dyskietkach, postanowiłem działać.

Dyskietka


Udało mi się kupić [czytaj: rodzice mi kupili] modem firmy Zoltrix o prędkości 14,400 kbps, co dawało w praktyce jakieś 3 kb/sekundę. Rodzice, podczas podłączania modemu, nie wiedzieli, jaki błąd popełnili, pozwalając mi na przyniesienie tego urządzenia do domu.
Gdy już wszystko było podjęte, należało połączyć się z Internetem.
Tak, tak - w tamtych czasach nie było stałych łączy. W ogóle nikomu się to nie śniło. Ale był bezpłatny Internet w Polsce. Bezpłatność polegała na tym, że Telekomunikacja Polska udostępniła publiczny numer, na który można było się dodzwonić pod pewnymi warunkami i korzystać z dobrodziejstw sieci. Płaciło się za impulsy telefoniczne, ale już za korzystanie - nie. Płaciło? W tamtych czasach to był haracz, a nie opłata! W 2010 roku trudno by sobie wyobrazić, żeby dostęp do Internetu kosztował więcej niż 100 zł. To teraz opiszę, jak sytuacja wyglądała w 1997 roku. Nie było wtedy darmowych minut, tylko impulsy. Impuls to były trzy minuty, które kosztowały 30 groszy. Więc jeśli ktoś chciał korzystać codziennie po pół godzinki, to musiał mieć sporo kasy na to odłożone. Bo: 30 minut=10 impulsów. 10impulsów*30 groszy, więc 30 minut kosztowało 3 złote, które przemnażamy przez ilość dni w miesiącu, czyli 30. Wychodzi nam zatem 90 zł. Do tego abonament za korzystanie z stacjonarnego telefonu - jakieś 40 złotych, plus do tego rozmowy normalnych
użytkowników. Pewnie wiele osób, które teraz to czytają, pamięta zdziwienie rodziców, gdy rachunek z 80 zł doszedł do wysokości 200-250 zł. A mówimy tutaj o półgodzinnym korzystaniu z Internetu dziennie, a wiecie jak to jest... Ile to razy wmawiałem rodzicom, że listonosz, który faktycznie miał kłopoty z alkoholem, gubił albo zapominał rachunku telefonicznego ze sobą. Po prawdziwie to było tak, że byłem umówiony z listonoszem, od którego za drobne na piwo przechwytywałem rachunek telefoniczny i chowałem go przed rodzicami. Jak się domyślacie prawda wyszła kiedyś na jaw. Ale to była tylko połowa problemu. Nigdy nie zapomnę miny rodziców, gdy zobaczyli rachunek wysokości 600 zł. Grrrrr

Listonosz


Drugim problemem tamtych czasów było łączenie się z Internetem. Był ten numer 0-2021222 z loginem PPP i hasłem PPP, choć zdarzali się cwaniacy, którzy tę wiedzę sprzedawali za kasę. Miałem  program do łączenia z Internetem. Rozpoczynał się więc proces łączenia, który mógł trwać nawet pół dnia jak nie kilka. Podejrzewam, że wyglądało to tak, że był jeden "dostęp do Internetu" na ogromną ilość mieszkańców, co powodowało ogromne kolejki. Niestety, powiedzenie "spotkamy się w sieci za 5 minut" wtedy nie funkcjonowało. Tutaj trzeba napisać o niewątpliwej przewadze Amigi na PC w tamtych czasach. Polegała to na tym, że program na Amigę MIAMI do łączenia się z siecią miał taką możliwość, że ilość prób połączenia się z siecią można było wpisać dowolną. 100, 1000, 10000 - co było bardzo praktyczne. Wciskało się klawisz "connect", szło się oglądać telewizję i czekało się, aż nastąpi
"syczenie modemu".

Pecet wraz z Windowsami miał tego pecha, że w programie
do łączenia się z siecią można było wpisać maksymalnie 99 prób
, co w
tamtych czasach było liczbą o wiele za małą.
Tak to wtedy wyglądało. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że naprawdę było widać, że Telekomunikacja Polska robi postępy z miesiąca na miesiąc i z czasem doszło do takiego momentu, że łączyło się za pierwszym razem. Mówię tu o upływie okresu paroletniego. Chciałbym tu wspomnieć także o czymś takim jak PCM. Była to prawdziwa zmora wszystkich
internautów w latach dziewięćdziesiątych. PCM to była taka biała skrzyneczka zamontowana na klatce schodowej, która jedną linię dzieliła na kilku użytkowników telefonu. Było to słuszne, ale oprócz rozdziału telefonu, robiło też rozdział szybkości Internetu. Więc zamiast 3 kb/s był w porywach 1 Kb/s.
Fajne to były czasy. Ale trzeba pamiętać o paru rzeczach. Moim zdaniem wtedy polski Internet nie odstawał tak bardzo od światowego. W "Magazynie Amiga" redaktor Rafał Wiosna napisał o darmowych kontach internetowych w USA. Ten sam redaktor parę miesięcy potem założył free.polbox.pl oraz friko.onet.pl czyli Optimusnet [tak to samo co onet.pl].

Polbox

Darmowe, nieograniczone pojemnościowo konta pojawiały się w Polsce bardzo szybko. Już w 1998 roku byłem świadkiem testowania przez jedną z kablówek Internetu. Szybko to się wszystko działo i nie można powiedzieć, że staliśmy w miejscu. Niech dobrym przykładem tamtych czasów i pomysłów będzie pozycja takich firm jak Allegro albo Gadu-Gadu, które zaczynały w tym samym czasie, co ich zagraniczni odpowiednicy.
Pamiętam tamte czasy również jako okres, kiedy jedna strona mogła na kilku
przeglądarkach inaczej wyglądać, przez pryzmat programów do zliczania
impulsów telefonicznych i zapisywaniu ile to się wydało na Internet w danym miesiącu.
Takie to były czasy wtedy..

Jeśli ktoś by chciał podzielić się swoją historią, niech piszę pod ten adres:

 

E-MAIL

poniedziałek, 04 października 2010
Filmik na dziś: Retro Action

Pewnie nie wielu z was zna zespół "Press Play On Type"  To powiem wam, że warto, żebyście go poznali. Bo robi takie bliskie naszemu sercu teledyski. Może krótki, ale jakże wymowny. Chyba każdemu przypadnie do gustu:

To już chyba nie przypadek, to raczej jakaś nowa moda na retro i 8-bits. Oby więcej takich rzeczy!!

Jeśli macie za dużo wolnego czasu to wpiszcie sobie Press Play On Type na youtubie i oglądajcie fajne teledyski :)

Uczmy się robienia gier

Niedawno w Warszawie odbyła się prezentacja gry "AfterFall: Insanity". Nie będę się rozpisywał o prezentacji, ani o grze bo nie taki mam cel. Pod koniec prezentacji główny prowadzący powiedział coś na temat współpracy firmy NicolasGame oraz uniwersytetów śląskiego w celu wykształcenia nowych kadr, które będą robić gry komputerowe.
To bardzo dobry i słuszna inicjatywa, ale chyba nie do zrealizowania w naszym pięknym kraju. Na razie.....
Moim zdaniem firmą, które robią gry w PL brakuje jednej bardzo ważnej rzeczy. Wiedzy "Know-How", czyli doświadczenia. Doświadczenie jest bardzo ważne. Wiele gier w Polsce nie ujrzało światła dziennego przez brak posiadania tej cechy. Więc można zadać sobie pytanie, jeśli w Polsce nie ma zbyt dużego doświadczenia w robieniu gier to kto ma wiedzę nabytą w trakcie robienia projektu przekazywać studentów lub kursantom? Przecież nie da się nauczyć kogoś, kiedy samemu nie wie się jak to się robi. Ci co uważają, że jest inaczej podam parę przykładów. Zrobienie gry w dzisiejszych czasach na PC to żadna rewelacja. Jakieś podstawy można nabrać na różnych kierunkach studiów nie koniecznie z nazwą "gry" w tytule. Pomijam już fakt, jak dużo jest literatury fachowej poświęconej na ten temat. Sztuką dzisiaj jest zrobienie gry na wszystkie trzy platformy czyli X-Box 360 PS3 i pc. A jak to u nas wygląda, ilość gier skończonych na PS3 "made in Poland" sztuk jeden, Ilość gier na X-Boxa? Sztuk dwie lub trzy.

 

studenci


Jak ciężko robi się gry na te konsole niech świadczy przykład Wiedźmina. Najpierw miał wyjść na wszystko co się rusza. Po pięciu latach wyszedł najpierw na pc. Miała być wersja na X-Boxa, której nie zrobili Francuzi. Teraz chłopaki mówią, że druga część wyjdzie na pewno na pc, może na X-Boxa, a o PS3 milczą. Z czego to wynika? A no z tego, że nie mają wiedzy i doświadczenia tak potrzebnej przy tworzeniu gier.
Więc ja zadam jedno pytanie? Kto tych studentów będzie uczył ? Jeśli najlepsi z najlepszych pracują w firmach, które są teraz zajęte tworzeniem gier. Zdziwiłbym się i to bardzo gdyby udało by się przekonać głównego programistę, żeby użerał się z studentami w weekend po tygodniu bardzo ciężkiej pracy. Ten kto wytoczy argument, że można go nakłonić kasą, zbytnio nie ma pojęcia ile taka osoba zarabia a ile zarabia wykładowca.
Zaraz pojawia drugi problem. Ile takie studia lub też kurs miały by trwać. Dwa lata ? Trochę mało biorąc pod uwagę, że grę jest ciężko zrobić w takim okresie czasu. Do tego wszystko by musiało się odbywać w trybie zaocznym bo chyba jest jasne, że żaden szanujący się programista nie porzuciłbym dobrze płatnej pracy na rzecz wykładów na uczelni. Chyba studia pięcioletnie dopiero by mogły wykształcić kogoś kto by się nadawał, a startowałby z poziomu lamera. Z własnego doświadczenia wiem, że nie jest to takie proste w tym kraju, bo próbowałem coś takiego przeforsować na mojej uczelni. Bardzo fajny pomysł, ale są pewne problemy pod nazwą "kadra dydaktyczna" Niestety, na studiach poświęconym robieniu gier są potrzebni ludzie z odpowiednimi tytułami, żeby potem taki tytuł mogli wydać. Niestety, żeby wydać licencjat lub inżyniera to w kadrze dydaktycznej musi być odpowiednia ilość doktorów i profeserów.
Tu pojawia się kolejny następny problem. Czego ci biedni studenci mieliby się uczyć? Wiadomo programowania i grafiki 3D, pewnie też level designu. Tutaj pojawiają się kolejne schody. Grafika 3D hmmmmmmm A w jakim programie? Który wybrać: 3D Studio Max, Lightwave, Blender, Modo, Maya, Z Brush a może XSI ? To są programy na których robi się grafikę do gier. Są one różne i wiele rzeczy robi się na wiele sposobów. Nie są to programy podobne do siebie. Jedyne co mają podobne to w nazwie "3D" Dodatkowym problemem jest wybranie najbardziej optymalnego programu nauczania i znalezienie eksperta w nim. Problem z ekspertem to pół biedy gorzej z programem nauczania. Przecież studenci nie będą się uczyć wszystkich programów na raz.

 

edytor


Programowanie...... No dobrze. No to będzie trzeba zrobić chyba jakąś specjalizację. No bo wszystkiego do jednego worka wrzucić się nie da. Programowanie dla przykładu może dzielić się na te od samej grafiki 3d, od edytora, od narzędzi, od skryptów, od sztucznej inteligencji. Tak moi drodzy. W dobrych firmach, do każdej z wymienionych rzeczy przydzielony jest inny człowiek. Nie ma ludzi orkiestry. To nie te czasy.
No to mamy problem z  kadrą z wiedzą no i pewnie kłopoty by były z wybraniem tego czego mają się uczyć studenci. Pozostaje już naprawdę ostatni, czyli miejsce.
Ja nie mam nic do regionu śląskiego, ani do uniwersytetów w tym rejonie. Jednak lepszym pomysłem jest stworzenie takiego ośrodka tam gdzie robi się gry w dużej ilości. Mam tu na myśli Warszawę albo Kraków. Nie mam nic do chłopaków z NicolasGames, ale dziś jesteście jutro może was nie być [hey, hey Metropolis] Jak już znajdziecie jakiegoś programistę, który skończył grę na PS3 namówicie go, żeby dojeżdżał na Śląsk ? Sens jest w tworzeniu takich studiów/kursów, ale tam gdzie się robi gry na dużą skalę.
Ja jestem jak najbardziej za tym, żeby Uniwersytety kształciły przyszłych twórców gier. Jest to bardzo potrzebne. To jest super idea. Chciałem tylko pokazać, że to nie jest takie proste do zrealizowania. Tak samo jak nie jest proste skończenie gry. Mam nadzieje, że kiedyś na jakimś uniwersytecie będzie cały wydział o grach komputerowych, albo szkoła wyższa.
Jak na potwierdzenie mojej tezy znalazłem ostatnio kierunek na studiach "zarządzanie produkcją gry komputerowej" zaglądam w kadrę dydaktyczną a tam same osoby, które mają w swoim dorobku robienie filmów i inne rzeczy nie związane z robieniem gier. Mam nadzieje, że będą wiedzieć czym się różni wersja "alpha" od wersji "gold".
Nie róbmy takiej sytuacji, że teoretycy będą uczyć praktyki studentów. Przecież to udać się nie może.  
Autor jest świadomy istnienia European Games Center, ale to temat na oddzielny artykuł i nie chciałem tego wątku akurat w tym artykule poruszać.

wtorek, 28 września 2010
"To były czasy" odcinek 02: Amiga Rulez!
Zgodnie z wtorkową tradycją, zamieszczam kolejny artykuł z tego cyklu. Pierwszy odcinek możecie przeczytać tu. Dzisiaj przesiadamy się z atarynki na Amigę. Chciałbym przypomnieć, że to, co czytacie w tym artykule jest oparte na prawdziwych wydarzeniach z życia autora.
Jeśli ktoś by chciał podzielić się swoją historią to proszę pisać na ten

email

To były czasy: Amiga Rulez!!

Jak już pisałem wcześniej, po Atari moim następnym komputerem była Amiga. Na początku była to Amiga 500 z 1MB pamięci. Z czasem została rozbudowana do takiej oto konfiguracji: Amiga 500 2.5 MB Ramu, Kickstart 3.0 oraz czytnik CD-ROM A-570. Mocno działałem w zakresie grafiki na tym komputerze, głównie dzięki programowi Deluxe Paint IV. Jednak z czasem poczciwa 500-tka robiła się za ciasna dla moich potrzeb. Może to was zdziwi, ale pod koniec użytkowania tej maszyny głównie zajmowałem się grafiką 2D. Wynikało to z faktu, że jako zagorzały fan bardzo aktywnie uczestniczyłem w wojnie PC vs Amiga. A żeby obalić mit, że "Amiga jest tylko do gier" robiłem różnego rodzaje animacje, by znajomym pokazać, jakie fajne rzeczy można robić.

Deluxe Paint IV


Czas mijał i w domu pojawiał się coraz częstszy temat zmiany komputera na coś lepszego. W tym wypadku czymś lepszym miała być Amiga 1200. Moim nieszczęściem było to, że coraz większe ograniczenia Amigi 500 i potrzeba zmiany na lepsze, pokrywały się z egzaminami do liceum. Rodzice postawili sprawę jasno. Zdasz tam gdzie trzeba, wtedy dostaniesz nowego kompa. Nie miałem zbytniego wyboru. Musiałem odstawić myszkę a zająć się książkami.....
Egzamin zdałem do liceum tak jak trzeba. Gdy zobaczyłem się na liście kandydatów, którzy dostali się do szkoły, moja radość z tego trwała dosyć krótko. Uświadomiłem sobie, że obiekt moich marzeń, czyli nowiutka Amiga 1200 jest bliżej mnie niż kiedykolwiek. Nie byłem typem syna, który do rodziców podchodził i mówił tylko "daj, daj, daj". Czekałem cierpliwie, aż rodzice zrealizują swoją obietnicę.
Ciekawie zaczęło się robić, gdy rodzice wysłali mnie na dwa tygodnie do moich braci ciotecznych. W tym samym czasie jeden z  nich pojechał na wymianę do mnie. Te dwa tygodnie głównie spędziłem na przeglądaniu Magazynów Amiga i układanie sobie konfiguracji komputera marzeń w głowie. Nie mogłem się do końca zdecydować, co chcę mieć.
Gdy już miałem wracać do domu, dzień wcześniej jeden z moich braci ciotecznych wrócił i miałem okazję z nim porozmawiać. Przyparty do ściany powiedział, że coś fajnego czeka na mnie w domu.
Amiga 1200 Magic

Od razu wiedziałem, że tym czymś fajnym jest nowiutka Amiga. Droga pociągiem z zachodniopomorskiego do Warszawy była koszmarem. Przez całe 6h drogi chciałem rozszarpać maszynistę, bo jechał stanowczo za wolno. Dłużyło się to strasznie. Momentami zastanawiałem się czy szybciej nie będzie jak wyskoczę z pociągu i pobiegnę do Warszawy. Tak bardzo się cieszyłem na tą myśl, że będę miał Amigę 1200, że z trudnością się opamiętywałem.
Gdy wreszcie dotarłem do domu i przywitałem się z Mamą moim oczom ukazał się przepiękny widok. Na kredensie leżały następujące rzeczy:
Amiga 1200 edycja Magic
przystawka Toms
FG 24 z interfejsem PCMCIA
Dysk Twardy 650 MB
Karta Turbo Phase 5 1230/50 mhz
Pamięć Simm 16 MB.
CD-Rom Mitsumi prędkość 4x

Oszalałem z radości!!!! Najpierw rzuciłem się na rodziców, żeby im podziękować. Potem rzuciłem się na pudełka. Tak byłem szczęśliwy, że nie wiedziałem, za co się zabrać. Tylko mój Ojciec sprowadził mnie na ziemie i zasugerował, żeby zaczął od instrukcji i przekazał mi wiedzę zdobytą w sklepie. Rodzice nie wiedzieli, że czas spędzony u rodziny przeznaczyłem również na naukę instalacji Amigi na sucho. To spowodowało, że podłączenie wszystkiego zajęło mi 30 minut. Wtedy zaczął się prawdziwy dramat pod tytułem, co ja zrobię z tak dużym dyskiem 650 MB. Śmiejecie się? Dla użytkownika, który przechodził z dyskietki na twardy dysk była to ilość przeogromna. Nie ważne jak śmiesznie to brzmi teraz. Zacząłem od instalacji systemu Workbench 3.1 i kolejnych gier i programów, które wchodziły w zestaw Magic. Amiga Technologies do nowych komputerów dodawała gry i programy, które umożliwiały zabawę na 100%. Były w tym edytory tekstu, bazy danych, programy do grafiki. Co lepsze polski dystrybutor firma Eureka dorzucała od siebie kolekcje polskich programów. Robiła się z tego całkiem porządna kolekcja softwaru. Gdy wszystko zainstalowałem okazało się, że wszystko ma 50-60 MB. Po tym procesie zaczęło się testowanie. Nie wiedziałem, od czego zacząć. Więc odpalałem wszystko po kolei i testowałem jak to działa. Nawet nie zauważyłem, gdy moi rodzice około drugiej w nocy mówili mi, żeby już szedł spać, bo jest późno. Nie przejmowałem się tym. Szkoda było mi czasu na takie błahostki jak sen. Nie chciałem tego robić, bo bałem się, że jak się obudzę to okaże się, że to był sen. Chciałem, żeby ta chwila trwała i trwała w nieskończoność. Chyba nigdy później nie byłem tak szczęśliwy jak wtedy, jeśli chodzi o komputery i gry.
Amiga 1200

Wtedy spełniło się moje największe marzenie. Miałem swoją Amigę marzeń a jak ktoś przyjrzy się konfiguracji to sam przyzna, że na tamte czasy to był kawał dobrej maszyny. Od tego czasu zaczęła się nowa niesamowita przygoda z Amigą. Ale o tym w kolejnych odcinkach.

To były czasy. Naprawdę bardzo, ale to bardzo piękne czasy. Wiem, że już one nie wrócą i już nigdy nie będę tak szczęśliwy jak wtedy.

Amiga Rulez!
poniedziałek, 27 września 2010
Szybki komentarz - Kto tu kogo promuje ?

Inspiracją do napisania tego artka był  news znaleziony na serwisie GameCorner napisanym przez Pawła Plazę. Opisuje on do jakiego wielkiego[ech], wiekopomnego wydarzenia doszło na ulicach Warszawy. Niejaka Marina Łuczenko wraz z prezenterem telewizyjnym Marcinem Prokopem uczestniczyli w promowaniu gry Need For Speed Hot Pursuit. To, że zablokowali ważna ulicę w  centrum miasta, żeby jakiejś małolacie zrobić zdjęcia nie rusza mnie. Poruszyły mnie dwie inne kwestie. Pierwsza z nich to stwierdzenie Pawła Plazy "Cóż, chcieliśmy, żeby gry należały do "wielkiego świata", no to należą" Druga kwestia to pytanie kto tu kogo tak naprawdę promuję. Gra, nikomu nieznaną piosenkarkę? Czy nieznana piosenkarka grę?

Co do pierwszej kwestii. Ja do takiego świata nie chce należeć. Oczywiście wolałbym, żeby gry były lepiej spostrzegane przez społeczeństwo, ale ludzie pokroju Mariny, Prokopa, Jacykowa czy też Ibisza są dla mnie nikim. Ja na pewno nie chciałbym, żeby gry trafiły do odnogi świata polskiego marnego show-biznesu. Czy teraz będzie moda? Że każda szanująca się gwiazda będzie na siłę graczem i wszędzie będzie się pojawiać z padem?

promocja NFS

Ja naprawdę nie chce, żeby gry wchodziły do takiego świata jak ten z promocji NFS HP. Już niech lepiej zostaną tam gdzie są. Niepokoi mnie prognoza Pawły Płazy, że takich rzeczy możemy spodziewać się więcej. Jest to bardzo niepokojący i chyba niewskazane, dla rozwoju gier w Polsce.

Druga kwestia.
Rok temu podczas sprzedaży Need For Speed Shift przypadkiem dowiedziałem się, że ta cytata blondyna wycięta z tektury stojąca w sklepie z grami to "słynna" Iga Wyrwał. Słynna z rozbieranych sesji na wyspach brytyjskich. Pewnie nie byłem odosobniony i wielu gracz dowiedziało się przy okazji, że ta Pani nie jest ściągnięta z internetu tylko ma imię i nazwisko i co ważniejsze jest "słynna"

promocja NFS

Nie wiem jak wy, ale mam wrażenie, że to gra Need For Speed wypromowała Igę Wyrwał w środowisku graczy.
W tym roku z okazji promocji najnowszej wersji NFS mamy do czynienia z pewnym rodzajem eventu. Czyli takiej bardziej rozbudowanej akcji promocyjnej. Kłopot polega na tym, że o tej Marinie Łuczenko dowiedziałem się dzisiaj. Jej osiągnięcia są marne co by nie powiedzieć żenujące. Jedna płyta, jedna rolka w serialu. Kto to jest ? Czy nie mamy przypadkiem do czynienia, znowu z sytuacją, że jakaś gwiazdeczka na plecach znanej gry promuje swoją osobę. Czy w dzisiejszych czasach firmą promującym gry, zależy, żeby takie zdjęcia szły w "świat"?

promocja NFS

Kto tu kogo promuje ?
Zaraz usłyszę, że trzeba dbać o tych co jeszcze nie grali, a nie o tych co już poprzednie części kupili. Ja się z tym nie zgadzam. Bardziej logiczne i uzasadnione jest przywiązywanie graczy do danej marki niż promowanie się na pudelkach lub plotkach. Na serwisach na których bardziej istotne jest kto do kogo się uśmiecha niż sama gra. Przykład znajdziecie tutajTego typu eventy powodują u mnie jak i u innych graczy spory niesmak. No, ale widać, że ważniejsi są ci co czytają serwisy plotkarskie niż ci co kupują gry

Jeśli to ma być najnowszy rodzaj ekspansji na nowych graczy to gratuluje dobrego samopoczucia. Wiadomo, że lepiej zrobić cyrk na ulicy niż ustawić kilka stanowisk w galerii handlowej gdzie każdy by mógł podejść, zobaczyć i trochę sobie pograć. Chyba, że ta gra jest tak "rewelacyjna" że gdyby ktokolwiek mógł choć przez minutę w nią pograć to by jej na pewno nie kupił. Wtedy to by tłumaczyło czemu musimy być świadkami takich promocji.

 

Redaktor Dawid też zabrał głos w teuj sprawie:

Zobaczyłem film reklamujący nowego NFS-a i ręce mi opadły. Pod względem obsługi klienta polska branża elektronicznej rozrywki raczkuje. EA chce być światowe a wyszło zaściankowo. Pisałem kilka dni temu na temat jakości teledysków muzycznych w naszym kraju. Nadal w tej dziedzinie jesteśmy około 20 lat za zachodem. No i niestety w branży gier jest podobnie. Wiem, że zachód ma większe budżety, nazwiska itd. Panowie z marketingu firm dystrybucyjnych (zwracam się do wszystkich nie tylko do EA). Nie liczy się kasa, nie liczy się wesołe ryło Prokopa tylko pomysł. To, co pokazano jest chyba wytworem jakiegoś poniedziałkowego „brainstormu”. Marketing przyszedł skacowany do pracy i wyszedł taki oto poroniony pomysł. Rozumiem zasada prosta, szybkie auta, ładna laska no i jakiś celebryta. To na pewno się sprzeda. Bullshit. Sprzeda się sama marka NFS, jeśli tylko gra nie będzie zła. Sprzeda się na zachodzie gdzie celebryci są innej klasy, gdzie społeczeństwo trochę inaczej do takich akcji podchodzi.

promocja NFS


Na chwilę obecną zobaczyłem taki obraz:

Jedzie sobie po ulicach miasta czerwony samochód wyścigowy. Za nim wyścigowe auto w wersji policyjnej. Wyprzedza i zamiast zajechać drogę Pan Prokop sobie kółeczka robi. Zero w tym logiki. W tym czasie normalna osoba by ze dwa razy mu uciekła. Wysiadł z auta robi minę groźnego oblecha i zakuwa laskę w kajdanki. To nie jest reklama gry, tam nie ma powera, napięcia nie ma nic. To jest po prostu reklama celebrytów.

EA – jeśli chcecie sprzedawać produkt w ten sposób i tak go reklamować to na pewno nie trafi to do mnie. Mam swoje lata, mam swoje zdanie i nigdy, ale to przenigdy przerośnięty facet z twarzą śliniącego się oblecha i blachara nie przekonają mnie, że produkt, który gdzieś tam z tyłu jest za nimi będzie produktem dobrym.

Moja rada. Na chu… klientom celebryci, lepiej skupcie się na tym, aby wydania były pełne, by działały w nich DLC, aby polonizacje jak już są były naprawdę na wysokim poziomie.

A teraz tak jak by to wyglądało w USA.

Autostrada. Pościg. Helikoptery. Deszcz, wiatr, tornado. Wybuchy. Genialne ujęcia kamer policyjnych i akcja, akcja i jeszcze raz akcja.

Panowie uczcie się:



Bo w polskiej wersji to chyba gra o jakimś kolesiu, który łapie laski na swoje policyjne auto.

środa, 22 września 2010
Obrazek Dnia: Cała masa obrazków z retro wystawy

Czytelnik tego bloga, czyli Virus wracając z pracy do domu przechodził przez Krakowskim Przedmieściu [tak, to te same od krzyża] i zobaczył bardzo ciekawą rzecz, która zainteresuje każdego, kto lubi stare komputery. Przechodząc zobaczył tą oto wystawę sklepową w księgarni Prus. Prawda, że urocza? Cała ta kompozycja została zrobiona w celu promocji książki "cyfrowe marzenia"

Retro wystawa

Książka, książkę, ale zobaczmy, co dokładnie widzimy na tych zdjęciach.
Proponowałbym, że jeśli ktoś ma małe dziecko i chciałby pokazać jak wyglądały stare komputery to jest to takie mini muzeum techniki. Przesadzam? Możliwe, ale chciałbym zobaczyć kozaka, który by pokazał mi drugie takie miejsce gdzie stare komputery są i można sobie je obejrzeć.
Pierwsze, co się rzuca w oczy to komputer po prawej stronie. Dla niewtajemniczonych objaśniam, że jest to Amstrad 6128 firmy Amstrad [skrót od Alan Michael Sugar Trading]. Warto zwrócić uwagę, że jest to model wyposażony w stację dysków wbudowaną w obudowę. Brzmi znajomo amigowcy? Bardzo rzadki model w naszym kraju. W ogóle te maszyny cieszyły się znikomą popularnością i nie znałem nikogo, kto by go miał. Jedyne miejsce gdzie można było to zobaczyć i to na zdjęciach był magazyn Bajtek.

Retro wystawa

Tuż nad nim monitor kolorowy tej firmy Schneider. Na ekranie widać basica, czyli podstawowy shell dla tego cuda. Z dobrych źródeł wiem, że na tym monitorze czasami można było zobaczyć Bulder Dash'a. W sąsiedztwie  możemy znaleźć stare karty graficzne, pokroju "S3 Virge" oraz starego poczciwego Soundblastera. Zauważyliście, że jeszcze 10 lat temu problem chłodzenia układów graficznym nie istniał? Warto zwrócić uwagę na rozsypane wszędzie banki pamięci typu SIMM. Jeśli one są jeszcze sprawne to dziwie się, że jeszcze nikt szyby nie wybił, bo teraz takie rzeczy są na wagę złota.

Retro wystawa

Bardziej po środku można zaobserwować taki czarny kwadracik w wymiarach 5 i 1/4 cala. To dyskietka, czyli taki praprapradziadek Blue-Raya. Była ona dwustronna, czyli można było zapisać coś z dwóch stron. Jeśli mnie pamięć nie myli miała ona pojemność 360 kb. Nie 360 MB tylko kb. Potem były dyskietki małe, czyli 3 i pół cala, ale większość osób już je chyba kojarzy, więc dlatego żadnej z nich nie możemy za szybką znaleźć.
Ciekawie robi się po drugiej stronie i to bardzo. Widzimy na pierwszym planie Commodore 64.

Retro wystawa

Na nim leży kaseta magnetofonowa, która była popularnym nośnikiem danych w czasach rządzenia tej maszynki. Przyjrzyjmy się bliżej, jeszcze bliżej, co tam dokładnie jest napisane na tej kasecie........ "C-64 Studio "Karo" zestaw Nr 125”. Czyli ta kaseta jest piracka! W latach 80-tych tylko były takie. Oryginał to można było mieć wtedy, gdy na zachodzie miało się jakiegoś Wujka albo Ciotkę.

Retro wystawa


Tuż w bliskim sąsiedztwie jest pudełko na kasetę z okładką przedstawiającego motocyklistę. Też firmy "Karo". Czyżby kolejny kolekcja gier? Jeśli już jest Commodore to nie może zabraknąć magnetofonu, który te wszystkie pirackie kasety odtwarzał. Więc jest i on na wystawie, jest piękny z okrągłymi kształtami i w odpowiednim odcieniu żółci. Warto zwrócić na taką małą dziurkę nad napisem Commodore a poniżej pojemnika z kasetą. W te miejsce wkładało się śrubokręt i dostrajało się głowice do zapisu na kasecie. Widać, że ktoś mocno sobie pogrywał na tym sprzęcie. Czyżby w środku znajdowała się kolejna kasetę z zestawem pirackich gier? Jedyną rzeczą, która nie pasuje w tej całej kompozycji to ta dziwna dyskietka po lewej stronie z napisem ZIP. To forma przejściowa pomiędzy dyskietkami trzy i pół cala, które miała pojemność około 1 MB [w zależności od gęstości] a CD- Romem, który miał około 650 MB. Coś, co miało zrewolucjonizować rynek a jak zawsze nie wyszło. Miał to być taki dzisiejszy pendrive. Coś, co miało łatwo pozwalać nam przenosić dane w dużej ilości, a wtedy 100 MB to była gigantyczna ilość. Brało się taką dyskietkę wraz z stacją odczytu i szło się do kogoś i można było te dane przegrać po uprzednim podłączeniu tego urządzenia albo do portu serial albo do PCMCIA. Nie był to sukces rynkowy. Może, dlatego, że chwile później pojawiły się CD-Romy, a może, dlatego też, że za każdym pierwszym razem było trzeba to instalować. Niestety, technologii Plug&Play wtedy jeszcze nie było.   
Cała wystawa jest obsypana starymi kartami graficznym do PC.

Retro wystawa


Dla mnie pracownik tej księgarni, który wpadł na ten pomysł jest mistrzem. Gratuluje oryginalnego pomysłu. Może nie trzeba wydawać majątku, żeby mieć ciekawą promocję. Jak dla mnie rewelacja. Z tego, co wiem to chyba ktoś w tej księgarni umie to wszystko obsłużyć.
Jeśli ktoś jest z Warszawy i ma chwilę wolnego czasu to warto się przejść na ulicę Krakowskie Przedmieście 7 i sobie to wszystko przez szybę obejrzeć, powspominać. No i nie daleko jest Pałac Prezydencki.
Gratuluje pomysłowości pracownikom księgarni Prus.

Retro wystawa

Specjalne, mega podziękowania dla Virusa, który powiedział o tym wszystkim i chciało mu się sfotografować całą wystawę. Ogromne ciepłe podziękowania.

PS3 Trophy Hunters: trofea, poradniki do gier na PlayStation 3 po Polsku
redakcja