Blog > Komentarze do wpisu
"To były czasy": odcinek 05: Było takie szczególne miejsce w Warszawie
Miałem opisywać swoje wspomnienia co tydzień, ale zanotowałem lekką
przerwę. Mam nadzieję, że to już ostatni raz, jednak chyba sami wiecie jak to czasami jest...

Dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć o jednym bardzo szczególnym miejscu w Warszawie. Jak dla mnie to miejsce miało ogromny wpływ na rozwój mojej osoby i ogólnie informatyki w tym kraju. Tym miejscem była słynna giełda na ulicy Grzybowskiej.

Mój pierwszy raz
Moja pierwsza wizyty na "Grzybowskiej", bo tak potocznie nazywała się ta giełda, miała miejsce w jakiś upalny letni dzień na początku lat 90-tych. Dokładnie nie pamiętam. Celem mojej i mojego ojca wizyty było kupno Amigi 500 wraz z rozszerzeniem pamięci do 1MB. Pierwszą, rzucającą się w oczy rzeczą, był ogrom tego miejsca, dzielącego się na dwie części: pierwszą był dość spory plac tuż przy samej ulicy, a drugą teren szkoły. Zasada była prosta. Na placu głównie kupowało się hardware, w szkole software. Gdy już przybyliśmy na miejsce, mój ojciec rzucił komentarz [nigdy tego nie zapomnę] "Boże, w jakim kurzu sprzedawana jest elektronika". Faktycznie - plac miał podłoże piaskowe i wszystkie komputery, choć przekryte folią, były zakurzone. Takie to były czasy.

Giełda


Zakup nam się udał. Kupiliśmy Amigę 500 z rozszerzeniem i z modulatorem [żeby można było podłączyć amisię do telewizora]. Jak już wspomniałem, zakupy się udały i już w sobotę mogłem się cieszyć nową Amigą.

Momenty przełomowe
Z powodu mojego wieku początkowe wizyty w tym miejscu zawsze odbywały się z moim ojcem. Co prawda "Grzybowska" nie miała tak złej sławy, jak Stadion Dziesięciolecia, ale zawsze lepiej było udać się z kimś dorosłym w to miejsce. Chodziłem tam głównie po gry i użytki. W dobrym tonie było kupić grę na Amigę 500 i dokupić do tego jakiś program  użytkowy. W tym celu na początku szło się na plac i kupowało paczkę dyskietek, a potem do szkoły, gdzie na wybranym stanowisku kupowało się gry. Fajne było to, że każdy sprzedający gry miał specjalny segregator, w którym były powyrywane plakaty z grami z zagranicznych czasopism, takich jak "Amiga Action", "Amiga Format" i tym podobne. Można było sobie przejrzeć i zdecydować się na jakiś tytuł. Potem za pomocą programu X-Copy dokonywał się proces piracenia. W czasie całej historii "Grzybowskiej" było parę szczególnych wydarzeń.
Pierwszym z nich było wejście ustawy antypirackiej gdzieś w roku '94. Sama świadomość, że teraz swobodne kopiowanie będzie nielegalne, spowodowało spore zamieszanie na giełdzie. Z tego, co pamiętam, to w szkole gdzie kupowało się software, zanim weszła ta ustawa były dwa piętra, by po wejściu w życie tej ustawy zmniejszyć się do jednego. Oczywiście piracić i tak można było dalej.
Drugim wydarzeniem, które utkwiło mi w pamięci, była słynna premiera Windows 95. Microsoft coś tam bredził, że będzie ciężko złamać te Windowsy i tak dalej. Jakim ogromnym zdziwieniem było to, że dwa dni później na 40 czy iluś tam dyskietkach można było ową "niełamalną" 95-tkę kupić. Oczywiście nielegalną. "Grzybowska" miała renomę miejsca, gdzie wszystko dawało się spiracić.
Nie inaczej było z pierwszym modelem Playstation. Pamiętacie - to ten z czarną warstwą z jednej strony. Nie wiem, czy to prawda, bo ciężko mi jest to teraz zweryfikować, ale chodziła wtedy plotka [a teraz nazwałbym to legendą], że do sukcesu szybkiego złamania Playstation One przyczynił się jakiś elektryk po technikum Kasprzaka, który to w bardzo prosty sposób złamał zabezpieczenie w tej konsoli. Miliony, wydane na stworzenie systemu zabezpieczeń przez Sony w tej konsoli, na Grzybowskiej bardzo szybko okazały się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Inną sprawą, że jak na PC nie można było kopiować płyt do PsOne, to na Amidze bez najmniejszego problemu.
Szczególnym momentem było pojawienie się  nowych Amig 1200 oraz kart PowerPC, które pojawiły się od razu po premierze w tym miejscu. Można było przyjść, popatrzeć i nacieszyć oko, bo mało kogo było stać na kupno takiej karty.
W tym miejscu wszystko było łamane i naprawiane. Powstawały rozwiązania techniczne, które nie śniły się twórcom hardwaru. Gdy nie było Internetu to w tym miejscu można byłonajnowsze nowinki techniczne od razu zobaczyć.Cóż. To było takie miejsce.

Giełda


Nie tylko piractwo
Giełda "Grzybowska" była szczególna jeszcze pod jednym względem. Było to bardzo popularne miejsce spotkań towarzyskich. Wraz z wiekiem przychodziłem tam w każdą sobotę, tak na 10:00, aby o 13:00 ewakuować się. Nieważne, czy było słońce czy deszcz. Ja co tydzień musiałem tam być. Tak samo jak inni. Spotykałem się z różnymi osobami, które były dla mnie skarbnicą wiedzy. Byli to profesjonaliści, wykorzystujących Amigę do celów komercyjnych, redaktorzy różnych gazet, głównie Amigowych i tak dalej. Na stoiskach sprzedających Amigi można było zaczerpnąć wiedzy dotyczącej hardware.
Co tydzień byłem bogatszy o ogromną wiedzę. Wtedy nie było internetu i tutoriali. Gdy nie wiedziałem jak coś zrobić w programie do grafiki 3d to spisywałem sobie pytanie na karteczce, żeby w sobotę nie zapomnieć się spytać kolesia, który na co dzień pracuje w tym programie i na pewno jak co tydzień będzie na Grzybowskiej.
Z czasem coraz lepiej poznawałem osoby, które tam się regularnie pojawiały.Te sobotnie przedpołudnia to był naprawdę fajnie spędzony czas.

Nie ma już nic:
Z czasem Grzybowska traciła na swoim znaczeniu. Plac przed szkołą został przejęty przez jakiegoś developera i giełda się zmniejszyła. Nie wiem, co dokładnie spowodowało, że i ze szkoły wszyscy się wynieśli.
Giełda została przeniesiona na ulicę Batorego, ale i tak w świadomości Warszawiaków powiedzenie "jadę na Grzybowską" oznacza, że jedzie się na giełdę komputerową - nieważne, gdzie ona by była. Nowe miejsce też stało się miejscem spotkań towarzyskich, ale to już nie był ten sam klimat. Polska się zmieniała, to i giełda również. W nowym miejscu bardziej kupowało  się hardware i oryginalne gry niż piraty. Nie było już miejsca na Amigę i w tym miejscu zaczął rządzić PC i konsole. Wraz z rozwojem Internetu znajomi coraz rzadziej tam przychodzili. No bo i po co ?
Giełda funkcjonuje do tej pory. Ostatnio kolega tam był, ponieważ nigdzie nie mógł kupić Red Dead Redemption, więc wpadł na pomysł, że gdzie jak gdzie - ale tam to na pewno musi być. Niestety - nie było.


Giełda

Dla mnie to miejsce zawsze będzie wyjątkowe. W tym miejscu poznawałem tajniki informatyki i przeżyłem wiele pięknych chwil. No i poznałem kilka ciekawych osób, z którymi podczas pisania tego artykułu  konsultowałem się :) Pozdrawiam:)
Było - minęło. Takiego miejsca, z takim klimatem już nie będzie. Fajnie, że można było sobie tam przychodzić.
To były czasy....

ps.Słabej jakości trzy zdjęcia pochodzą z "Magazynu Atari" numer 02 z roku 1993, posłużyły jako ilustracje do artykułu "Kiedy przylecą sokoły" autorstwa Michała Janowskiego i Jarosława Rudzińskiego

wtorek, 30 listopada 2010, branza_gier

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: gorzyga, *.tvn.pl
2010/11/30 17:36:13
Pamiętam jedną ze złotych zasad giełdy - sprzęt kupuj tylko w sobotę, bo jakby coś nie działało, to zawsze zdążysz w niedziele oddać :)
-
Gość: bartez, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/11/30 23:33:09
aż sie łezka w oku kręci ehhh.... to były czasy
-
2010/12/01 13:16:12
Ech. Obecna giełda na Batorego to są dla mnie popłuczyny po tym co miało miejsce na niezapomnianej Grzybowskiej. Bez urazy dla kogokolwiek kto tam sprzedaje obecnie, oczywiście. Nad Grzybowską wisiała magia pionierów. Pojechałem tam pierwszy raz chwilę po tym jak dostałem swoje pierwsze Atari. Chciałem nabyć joystick i jakieś gry na kasecie. Pamiętam wiszący do końca istnienia giełdy baner, reklamujący serwis Atari i Amigi. Pamiętam jak kupowałem tam GameBoy'a. Zresztą ten pan który mi go sprzedawał jeszcze nie dawno stał na Batorego. Pamiętam jak pan namawiał mnie na instalację TURBO w magnetofonie do atarki, ale nigdy się nie nie skusiłem. Nie wiem czemu zawsze jak mijam to miejsce. Patrzę na budynki które tam stoją na tym, brudnym placyku to przypomina mi się ten tłum który tam się kręcił. Zgiełk, samochody handlujących i klientów. Radość z opuszczania giełdy z nowym gadżetem albo grą.
A może byłem dzieckiem i dlatego tak mi się tam podobało :)

@gorzyga Oj to był święta zasada która pary razy uratowała mi życie :)
-
Gość: cdp-red, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/12/03 15:44:28
kurde to byly czasy, ludzie uczyli sie informatyki z pudelek na atari. teraz ksiazki maja i kurwa nic! stara gwardia informatykow wychowana na demoscenie, na commodore, atari, śrubie i sznurku. wentylatory, kasety, dyskietki, kable, kurz. ech to byly czasy, jak sie ferie spedzalo probujac narysowac kolko na amidze w basicu. a teraz sie tych prawdziwych wyjadacze juz nie szanuje. wszystko zjadla komercja i glupi wydawcy. nawet prezydent miasta nie pomaga branzy gier.. ech , kiedys to byly czasy.
-
Gość: pxb, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/12/04 18:41:06
kiedys to byly czasy, masz racje:)
chcialem zauwazyc, ze z artykulu na artykul wzrasta poziom twojego stylu. tak tzrymac:)
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/12/08 15:29:47
W biednych i zacofanych krajach zawsze targowisko czy giełda ma branie, bo w sklepach tego nie ma.
Obecnie w dobie allegro i licznych sklepów (nawet do domu przywiozą!) to już nie to samo.

Giełdy i targowiska musiały odejść z chwilą rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju. W latach 90 byliśmy po sowiecką republiką.
Dopiero niedawno po 2000 roku w naszym kraju widać rozwój, ale jeszcze z 50 lat nam trzeba by dogonić świat.
-
Gość: Kaz, *.ntlworld.ie
2011/11/02 12:57:49
Jeszcze kilka zdjec z tamtych czasow (1989-1991) z magazynu Avax:

atarionline.pl/forum/comments.php?DiscussionID=1598&page=1#Item_10
-
Gość: , *.play-internet.pl
2011/11/21 22:53:57
Oj tak. To było miejsce nie dość że z klimatem to i z duchem. Nie zapomnę tego hasla reklamowego: "Gry, programy, użytki. Gry, programy, użytki..." i ludzi, którzy stali z ulotkami przy bramie. Raz jak poszedłem z kolegą, to nie mogłem go znaleźć - a ten stanął sobie z zebranymi ulotkami wśród ulotkowiczów i miał niezły ubaw.
PS3 Trophy Hunters: trofea, poradniki do gier na PlayStation 3 po Polsku
redakcja